Był środek lata i jak to latem bywa, było gorąco. Bardzo gorąco. Tak gorąco, że TVN robił materiał o tym jak to jest gorąco. Wiecie, taki z emerytami siedzącymi przy fontannie. – Może bym tak po Puszczy Kampinoskiej pojeździł – pomyślałem, wsiałem na rower i pojechałem. Mówiłem, że było gorąco? Było gorąco a ja w przejawie geniuszu nie wziąłem bidonu z wodą. Pieniądze zgubiłem gdzieś po drodze.

Zaplanowałem sobie, że przejadę się kawałek po Puszczy Kampinowskiej, naprawdę niewiele. Sprawdziłem mapę, zapamiętałem mniej więcej, gdzie skręcić i pojechałem. Pierwsza część trasy minęła bez problemów. Dobrze znałem tę drogę, jechałem trochę instynktownie.

Kiedy minąłem pierwszą linię drzew, zachciało mi się pić. – Jakoś wytrzymam, za dwie godziny będę przecież w domu – pomyślałem. Życie potrafi zaskakiwać. Po dwóch godzinach wcale nie byłem w domu.

Na mapach leśne ścieżki wyglądają zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Są. Mówi się, że w naturze nic nie ginie. Ale ta zasada chyba nie dotyczy leśnych ścieżek. Ostatnie spojrzenie na telefon. Kilkaset metrów prosto, po prawej będzie mała polanka, za polanką w lewo i dalej prosto. Aż do leśniczówki. Skupiony na mapie nie zauważyłem, że przy baterii pokazała się cyferka 1 i znaczek %. Zauważyłem to dopiero później. Ruszyłem w las!

Mam chyba jakiś syndrom sztokholmski, strasznie mi skamuje herbata z pokrzyw. A może to zwykła zemsta? Fot:  Kamil Porembiński/flickr.com

Mam chyba jakiś syndrom sztokholmski, strasznie mi smakuje herbata z pokrzyw. A może to zwykła zemsta? Fot: Kamil Porembiński/flickr.com

Im dalej wjeżdżałem w Puszczę, tym ścieżki bardziej znikały a pokrzywy po obu stronach stawały się coraz bujniejsze i wyższe. Byłem chyba jedyną krwistą istotą w okolicy, co uświadomiły mi chmary komarów. I nie mam na myśli tych kilku owadów, które dokuczają Ci na działce przy grillu. Było ich tak dużo, że wolałem się nie zatrzymywać, jechałem z taką prędkością, że nie mogły mnie dogonić. Po rękach i kolanach smagały mnie pokrzywy. Tłumaczyłem sobie, że to zdrowe. Zresztą, wolałem być posmyrany przez pokrzywy niż pogryziony przez komary.

W pewnym momencie dojechałem do jakieś rzeczki, przez która przerzucony był urokliwy mostek. To był ładny widok. Na tyle ładny, że wystawiłem swoją skórę na setki nakłuć. Zatrzymałem się i sięgnąłem po telefon. Wtedy zorientowałem się, że bateria nie żyje od dłuższego czasu. Nie rozpaczałem. W sumie to się ucieszyłem, że nie będę tu sterczał, kadrował i robił zdjęć, tylko dalej mogę uciekać przed komarami.

Ścieżka zmieniła się w podłużne bagno. Miałem wrażenie, że pokrzywy stawały się coraz wyższe a komary szybsze. Co chwila zapadałem się w błoto. Jazda przestała być przyjemna, bo przypominała bardziej ciągłe wyciąganie przedniego koła czemu towarzyszyło irytujące kąsanie komarów.

Skurrr.... Fot:  James Jordan/Flickr.com

Skurrr…. Fot: James Jordan/Flickr.com

W tamtym okresie dość często rozważałem kupno szosówki. Chciałem sprzedać mojego „górala” i kupić coś na cienkich oponach. Zapadając się w grząski grunt, uświadomiłem sobie, że kupno takiego roweru byłoby jedną z gorszych decyzji w moim życiu. Pewnie i tak bym tu przyjechała spadając się w to bagno jeszcze bardziej. I wtedy z naprzeciwka przyjechał ON. Koleś na kolarzówce. – Ten las to daleko się ciągnie? – zapytał. – Lepiej zawróć, na tych oponach daleko nie pojedziesz – powiedziałem patrząc z zazdrością na jego rower. – Spróbuję – odpowiedział i pojechał. Do dziś zastanawiam się czy żyję.

Pojechałem dalej. Droga stawała się coraz lepsza i wtedy zrozumiałem jego entuzjazm. On nie wiedział w co się pakuje, był tak samo głupi jak ja. Zaczęła się cywilizacja. To znaczy pokrzywy były niższe a droga miała więcej niż 30 cm szerokości i powoli, nieśmiało stawała się szersza. Po kilkudziesięciu minutach minąłem pierwszych rowerzystów. Profesjonaliści, w kaskach, wpinanych butach, okularach i z bidonami na WODĘ. Właściwie dopiero teraz zorientowałem się jak bardzo chciało mi się pić. Z lasu wyjechałem w miejscu, które znałem. Wiedziałem, że „tu gdzieś w okolicy” jest sklep. Okolica okazała się dość rozległa, bo pierwszy (zamknięty) sklep znalazłem po kilkudziesięciu minutach pedałowania.
– Zamknięty, to zamknięty. Przecież nie będę płakał – otarłem łzy, wsiadłem na rower i pomknąłem dalej. Było nawet przyjemnie, komary nie gryzły, pokrzywy nie parzyły, tylko trochę chciało mi się pić. Dojechałem do następnego sklepu. Wspominałem już, że gdzieś po drodze zgubiłem pieniądze? Może ich też nie wziąłem. Pogodziłem się z losem, woda dziś nie dla mnie. – Nie jestem w takiej złej sytuacji, do domu mam kilka kilometrów, zaraz będę pocieszyłem okłamałem sam siebie, wsiadłem na rower i pojechałem do domu. Nie pamiętam ostatnich kilometrów. Może wyłączyłem mózg i jechałem na jakimś autopilocie, może droga była tak nudna, bo dobrze mi znana, że zwyczajnie jej nie pamiętam.

Z tej przygody wyciągnąłem kilka lekcji:
– woda jest pyszna
– prysznic im zimniejszy, tym lepszy
– warto mieć bidon z wodą
– jakieś drobne też
– naładowany telefon (?)

Obiecałem sobie, że już nigdy czegoś takiego nie zrobię. To samo obiecywałem sobie kilka miesięcy później, kiedy mieszkając już w Gdańsku, wyszedłem na rower z pustym bidonem. Owszem, tym razem miałem drobne, ale było jakieś święto, więc wszystkie sklepy (wszystkie dwa, które mijałem po drodze) były zamknięte.

To nie jest historia godna Kazimierza Nowaka (w latach 1931-1936 jeździł rowerem po Afryce), ale pomimo tego, że wtedy plułem sobie w brodę i zaklinałem się, że już nigdy więcej. Teraz zrobiłbym wszystko żeby w ciepły dzień dać się pokąsać komarom gdzieś w Puszczy niż myśleć o tym, że czeka nas kilka miesięcy zimy.

PS. Ktoś wie jak odkręcić hydrant?