Mój pesymizm, który dla żartów nazywam racjonalnym myśleniem, podsuwa mi wiele czarnych scenariuszy. Ostatnio wymyśliłem sobie rzecz najgorszą z możliwych – koniec teleturnieju „Jeden z dziesięciu”. Oto historia upadku telewizyjnej legendy.

Jakakolwiek zbieżność osób, nazw i miejsc jest przypadkowa.

Po zmianach, jakie zaszły w Telewizji i w profilach dwóch podstawowych programów, z anteny zdjęty zostaje teleturniej „Jeden z dziesięciu”. Kilka lat temu zlikwidowano „Wielką grę”, kilka miesięcy temu w ramówce zabrakło miejsca dla Familiady. Teraz przyszła kolej na „Jeden z dziesięciu”. Format nie spełniał nowej misji stacji.

Największym problemem dla władz telewizji była popularność programu. Internauci zaatakowali setkami memów, portale nie nadążały z aktualizacją pokazów slajdów.

Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że całkowite pozbycie się teleturnieju z takim potencjałem będzie złą decyzją. – To doskonały format, szkoda go zmarnować – powtarzano na korytarzach przy Woronicza. Format przyciągał widzów, ale nie było dla niego miejsca w Nowej Telewizji Publicznej. – Sprzedajemy – zapadła decyzja.

Teleturniej sprzedano do jednej z dużych, komercyjnych stacji telewizyjnych. Start nowego sezonu poprzedzono ogromną kampanią promocyjną. Prowadzący, zwycięzcy poprzednich edycji co chwila pojawiali się w programach śniadaniowych. Powstawały kolejne odcinki „Kuluarów sławy” prowadzącego, uczestników, producentów pierwszych sezonów serialu.

Pierwszy odcinek w nowym studiu, pod nowym logo wyemitowano jesienią. Oglądalność zaskoczyła wszystkich. Chyba najbardziej tych, którzy sprzedali teleturniej. Po kilku tygodniach słupki zaczęły maleć, aż w końcu zrównały się z tymi znanymi z telewizji publicznej. Pod koniec pierwszego sezonu w nowej stacji podjęto decyzję: Zmieniamy profil teleturnieju. Prowadzący przez prawie 20 lat teleturniej został zwolniony. Zapowiedziano, że w „Jeden z dziesięciu” pojawi się nowy prowadzący. Ruszyła kampania. Nieznajomy zza parawanu uczestniczył w programach telewizji śniadaniowej. Modulator głosu nie pomagał w identyfikacji postaci. Plotki, że nowym prowadzącym będzie Stanisława Ryster z „Wielkiej Gry” tylko wzniecały głód rozrywki na wyższym poziomie, której od kilku lat w telewizji brakowało.

Wszystko stało się jasne w pierwszy jesienny weekend. Drugi sezon pod nowym logo zaczął się z pompą. Na scenie pojawił się Wysoki Konferansjer. Liczna widownia zgromadzona w studio (to nowość wprowadzona w tym sezonie) zamarła w ciszy, ktoś dał znak i wybuchła burza oklasków. Wysoki Konferansjer znany z telewizji śniadaniowej zapewnił, że to nie on jest prowadzącym. On miał tylko dbać o to, aby publiczność w studio dobrze się bawiła, a widzowie przed telewizorami mieli szansę na atrakcyjne nagrody w czasie przerw reklamowych. Wystarczyło wysłać SMS. Wysoki konferansjer zapewnił, że prowadzącym nie będzie jego niższa i sympatyczna koleżanka również znana telewizji śniadaniowej. Kto? Mieliśmy dowiedzieć się za chwilę.

Na scenę weszła skąpo odziana Napojanka, która rozdała uczestnikom programu puszki napoju ufundowane przez nowego sponsora. Zgasły światła, w studiu zapanowała cisza. Za chwilę mieliśmy poznać nowego prowadzącego. Napięcie rosło, czas zwolnił…

Wysoki Konferansjer zapowiedział reklamy.

Po dwudziestominutowym bloku ciemną scenę rozświetlił snop światła, padający na stanowisko prowadzącego. Mistrzowskie oświetlenie skutecznie utrudniał rozpoznanie stojącej za pulpitem osoby. Strzeliło konfetti, rozbłysły światła. Wszystko stało się jasne! Nowym prowadzącym był jeden z jurorów popularnego talent-show, którego dwudziesty piąty sezon rozpoczął się tej jesieni. Ponad pięćdziesięcioletni okularnik, który za wszelką cenę od lat starał się utrzymać wszystkich w przekonaniu, że ma trzydzieści lat, rzucił społeczno-polityczny żart i rozpoczął się kolejny sezon teleturnieju „Jeden z dziesięciu”.

Gwiazda gasła powoli. Z odcinka na odcinek pytania stawały się coraz bardziej infantylne, prowadzący znany ze swojego autorskiego talk-show przez lata opatrzył się widzom. Coraz częściej pojawiały się wydania specjalne, w których lansowano gwiazdy nowych seriali lub uczestników programów szukających modelek i kolejnych najbardziej utalentowanych tancerzy w kraju.

Oglądalność spadła poniżej opłacalności. Sponsorzy przestali się zgłaszać, format pochłaniał coraz więcej środków. Skrócono czas programu poprzez usunięcie połowy uczestników. „Jeden z pięciu” dzielił dotychczasowy czas z kolejnym sezonem „Dlaczego nie ja?”.

W ostatnim sezonie, jaki mogliśmy zobaczyć, podjęto próby stworzenia czegoś nowego. Serialu podobnego do „Sędzi Anny Marii-Wesołowskiej”, którego dramatyczne wydarzenia miały miejsce na planie teleturnieju. Ten sezon w telewizji śniadaniowej zapowiadano jako polską odpowiedź na wielokrotnie nagradzany film „Slumdog milioner z ulicy”. W krótkich scenkach między pytaniem a odpowiedzią uczestnicy opowiadali przed kamerą, w jakich okolicznościach zdobyli wiedzę, która pozwalała im na udzielenie poprawnej odpowiedzi. Od czasu do czasu widzowie mogli obejrzeć odegrane scenki, o których mówili uczestnicy.

To był ostatni sezon „Jeden z dziesięciu”. Kilka lat później w „Kuluarach sławy” przypominano zapomnianą postać pana Tadeusza, który nazywany był człowiekiem z innej epoki.