Paryż. „Tradycyjne media” kolejny raz przegrały z tymi „nowymi”. Już na starcie, były na przegranej pozycji. A może wzniecanie chaosu informacyjnego naszymi tweetami to część taktyki terrorystów?

Paryż

Do zamachów w Paryżu doszło w najmniej odpowiednim (dla mediów i odbiorców) momencie. O ile w ogóle moment zamachu może być odpowiedni. Piątek wieczorem to taki moment w redakcjach, kiedy zaczyna panować rozluźnienie, wiadomo – piąteczek. Tematem dnia było desygnowanie Beaty Szydło na premiera. I tyle, to miał być news dnia. Wydania dzienników były już zamknięte, część z dziennikarzy poszła do domu, bo „przecież niż ważnego już się nie stanie”. Mam wrażenie, że na to czekali terroryści. O zamachu, tak jak większość, dowiedziałem się z Twittera. Cały timeline był wypełniony informacjami o tym, co dzieje się w Paryżu. Totalny chaos. Nie było żadnej konkretnej informacji. Owszem zdjęcia, filmy, #prayforparis, ale to naprawdę nic konkretnego. W pewnym momencie po sieci zaczęła krążyć informacja, że zakładników jest 1500.

Mali

Kilka dni później, kiedy zdjęcia profilowe zrzuciły francuskie barwy i powróciły do normalnego wyglądu, w Mali, dokładnie tydzień po Paryżu, doszło do kolejnego ataku. Tym razem dowiedziałem się o nim z jednego z serwisów. Zajrzałem na Twittera, zajrzałem na Facebooka – nic. Cisza. Jakby nic się nie stało. Żadnego #PrayForMali. Na drugi dzień nikt nie ustawił sobie profilowego z flagą Mali. Może zginęło za mało ludzi? Może liczba zabitych mniejsza niż sto nie robi na nas wrażenia? Ktoś w ogóle wie, gdzie jest Mali? Właśnie na tym polega nasz problem. Paryż jest nasz. Znamy go z filmów, mamy o nim jakieś wyobrażenie, że miasto miłości, że bagietki, że francuzki tydzień w Lidlu. A Mali? Ponad 4 tysiące kilometrów od nas. Drugi koniec świata.

Boston

Kilka dni „po Paryżu” w Bejrucie zginęło kilkadziesiąt osób. Tak, w zamachu, ale hej, Bejrut? Gdzie jest Bejrut? Cóż, Boston jest prawie tak daleko, jak suma odległości z Polski do Mali i do Bejrutu. Zamach z 13 kwietnia 2013 też zrobił na nas wrażenie, też byliśmy przerażeni. Bardzo. Tak bardzo, że nie pamiętamy o co chodzi. Chodzi o zamach w czasie maratonu, w którym zginęły trzy osoby, a prawie trzysta zostało rannych. O zamachu w Bostonie mówi się, że był pierwszym zamachem ery social media. Świadkowie jak zawsze relacjonowali na bieżąco co się dzieje, informacja szła w świat. Boston też wydawał nam się bliski, bo to USA – czyli mamy jakieś wyobrażenie, bo „hehe bostonmaseczjusets”.

Szum informacyjny

Można krzyczeć, że dziennikarze i tradycyjne media przegrywają z social mediami. Problem polega na tym, że dziennikarz, przynajmniej w teorii, potrafi przesiać cały szum informacyjny, wyodrębnić informacje istotne, które może potwierdzić. Tłum zawsze pozostanie tłumem i poda nawet najbardziej bzdurną informację, tworząc większy szum informacyjny. Może właśnie o to chodziło terrorystom atakującym w Paryżu? Media były uśpione, a my naszymi tweetami pomogliśmy im zasiać strach w całej Europie.


Media stoją przed ogromnym wyzwaniem. Muszą przekonać odbiorców, że najszybsza informacja, nie zawsze jest najlepsza. My, odbiorcy, musimy nauczyć się samodzielnie oddzielać wartościowe informacje od szumu. Nie każdy, kto ma konto na Twitterze jest dziennikarzem. Nie każda informacja oznaczona popularnym tagiem jest prawdziwa. Nie każdy, kto jest świadkiem zdarzenia jest w stanie o tym rzetelnie mówić.