Kiedy byłem dzieckiem cała ta muzyka, „której się słuchało” mnie ominęła. Nie mieliśmy w domu wypasionej wieży ze zmieniarką na kilka płyt i olbrzymiej płytoteki. Był jamnik i mały magnetofon.

Płyty ze smerfnymi hitami to nie moja bajka. W domu mieliśmy kasety. Zarzynałem je prawie rytualnie. Kiedy taśma pękała, sklejałem lakierem do paznokci mojej mamy. A kiedy się wcinały (jak się nacisnęło play i przewijanie jednocześnie, do połowy, to śmiesznie piszczeli) biegłem przerażony – Tata, zjadło!

 

Turnau

Turnaua słuchałem chyba najczęściej. Pamiętam, że kasetę  To tu, to tam z „okładką” zawsze przekładałem do opakowania od każdej nowej kasety jaka się pojawiła w domu. Lubiłem tę kasetę więc wiadomo – chciałem żeby wyglądała jak najlepiej.

De Press

Dopiero po kilku latach dowiedziałem się, że to polsko-norweski zespół. Mając osiem lat liczyło się tylko to, że potrafili zagrać głośniej, tak to wtedy określałem, niż Turnau, no i śmiesznie śpiewali. Później poznałem Golców i dowiedziałem się, że można śpiewać śmieszniej.

Louis Armstrong

Na okładce był murzyn grający na trąbce. Nurtowało mnie jedno pytanie. Jak on może grać i śpiewać jednocześnie?  Jeśli zapytacie przypadkowego człowieka, jaka jest najlepsza piosenka Armstronga, 80% powie Wam, że What a Wonderful World  (Kolejne 10%, że lądowanie na księżycu, a następne, że Tour de France). Coś w tej piosence musi być. Słuchałem jej non stop i dokładnie wiedziałem, kiedy zatrzymać przewijanie kasety żeby na nią trafić. Pomimo tego, że nie znałem angielskiego, śpiewałem fonetycznie jak szalony.

Edith Piaf

Mama powiedziała, że to śpiewa bardzo mała pani. Wiecie co sobie wyobraziłem? Że wchodzi na taboret, bo nie może dosięgnąć mikrofonu.

Suzanne Vega

Kaseta z tych, których się słuchało bo były. Naprawdę myślałem, że ona nazywa się Luka.

Los Incas

Najśmieszniejsza ze wszystkich jakie miałem. Nie wiedziałem co to za muzyka i specjalnie się nią nie interesowałem, ale kiedyś idąc z rodzicami przez jakieś miasto, zobaczyłem grających Peruwiańczyków. Byłem przekonany, że to oni i że w końcu zobaczyłem kogoś sławnego. Przemilczmy.

Era piractwa

Nie wiem, gdzie się tego nauczyłem, ale dowiedziałem się, że jak się zaklei na dole kasety takie dziurki to można na nią nagrywać co się tylko chce. Więc piratowałem muzykę z radia. Wstyd się przyznać co, ale byłem tak spragniony muzycznych nowości, że poświęciłem kasetę z Chopinowskim plumkaniem na rzecz Wilków, Myslovitz i wszystkiego co było na szczytach list przebojów pod koniec lat ’90.

 

Dzieciństwo ma to do siebie, że na myśl o niektórych naszych zachowaniach zapadamy się pod ziemię. Gdzieś między siódmym a dziesiątym rokiem życia wpadły mi ręce kasety Janusza Laskowika i Maryli Rodowicz z biesiadnymi piosenkami. Żałosne? Wzruszające, bo przecież ona pytała tego górala czy mu nie żal, a on poszedł. Poszedł boso, z grabkami i z kosą…

 

Kurtyna milczenia.

fot