Konflikt na wschodzie Ukrainy pokazał, że tradycyjne media mają poważny problem – przegrywają z tymi nowymi, zwłaszcza z serwisami społecznościowymi. Jakiś czas temu pisałem, że fotografia wojenna przegrywa z hashtagiem. Okazuje się, że już nie tylko fotografia. Na Ukrainie wszystko zmieniało się błyskawicznie. To co szokowało nas o poranku i do czego zdażyliśmy przywyknąć przez cały dzień, rankiem dnia następnego było nieaktualne i wydawało się abstrakcyjne i niewarte zainteresowania. Z tej całej sytuacji obronną ręką wychodziły tylko nowe media. Wszystkie większe serwisy prowadziły relację na żywo. Radio informowało co godzinę, ale też szczątkowo, telewizja wieczorem informowała o tym co działo się rano, lub w nocy, a prasa następnego dnia podawała bezwartościowe informacje. Kto chciał być tu i teraz, musiał zwyczajnie zalogować się na Twittera. Według badań, jedna trzecia zainteresowanych rozwojem wydarzeń na wschodzie, wiedzę czerpała właśnie z social mediów.

Minus

Płynący nieprzerwanie strumień informacji jest piękną rzeczą. Niestety, w każdym strumieniu można znaleźć zdechłą rybę. Z konfliktami zwykle jest tak, że są minimum dwie strony.  Każda może dorzucić kolejną zdechłą rybę do tego rozćwierkanego ruczaju. W tej chwili mogę puścić w świat informację że na moim podwórku właśnie wylądował pluton zielonych ludzików-spadochroniarzy i zaczęła się inwazja na Polskę. Dziennikarze mają tę przewagę, że mogą potwierdzić informację w kilku niezależnych źródłach. Na Twitterze można napisać każdą wyssaną z palca bzdurę, w którą, przy odrobinie szczęścia, uwierzą tysiące.

Wielki przegrany

Jeśli pod uwagę weźmiemy szybkości dostarczania newsa, nowe media z serwisami społecznościowymi zawsze będą o krok. Jeśli chodzi o rzetelność,nowe pozostają z tyłu. Radio, telewizja i prasa nie poniosły klęski ostatecznej, ale ostatnie miesiące to lekcja, po której trzeba odrobić solidną pracę domową.