Wojciech Grzędziński robił zdjęcia na frontach kilku wojen i tam gdzie ginęli ludzie, obecnie fotografuje prezydenta. Obserwując ostatnie wydarzenia, zwłaszcza te na wschodzie, dochodzę do wniosku, że dni fotoreporterów wojennych są policzone.

Zmierzch fotoreportażu wojennego nie wynika z braku zapotrzebowania na ten rodzaj materiałów. Wręcz przeciwnie. Cierpienie i śmierć nadal sprzedaje się świetnie. Problem w tym, że obecnie, relacje z tych wydarzeń trwają non stop, bez zaangażowania dziennikarzy i fotoreporterów.

[sociallocker]

Internet i technologie mobilne wywarły na media taki wpływ, że już nie trzeba ryzykować wysyłając fotografa w sam środek konfliktu. Te zdjęcia przyjdą do nas same, w retweetach i hashtagach.
Zachwycałem się zdjęciami z kijowskiego Majdanu, były naprawdę niesamowite. Prawdziwie post-apokaliptyczny klimat. Z wydarzeń na Krymie i wschodu Ukrainy już tak poruszających zdjęć nie widziałem. Owszem, widziałem mnóstwo zdjęć pokazujących codzienność ludzi, których życie stanęło na głowie. Widziałem zdjęcia kiedy padały pierwsze strzały i widziałem zdjęcia zwłok osób, które tam zginęły. Zdjęcia dotarły do mnie zanim łuski i ciała zdążyły ostygnąć. Ale te kadry nie poruszają, owszem pokazują tragedię jaka tam się dzieje, ale nie są to kadry, które doceniają osoby, które mniej lub więcej orientują się w fotografii. Widać, że nie robił ich profesjonalista, patrzymy na nie, ale nie widzimy.

Czy zdjęcia z Twittera mogą być fotoreportażem wojennym?

I tak i nie. Z jednej strony takie fotografie są nośnikiem informacji – bardzo cennym, może nawet podwójnie cennym, bo wskazują na obywatelskie zaangażowanie. Ale te zdjęcia nie poruszają, nie zdobędą uznania krytyków i nie zostaną wyróżnione w żadnym prestiżowym konkursie.
Obok takich zdjęć przechodzimy dość obojętnie. Owszem, poruszy nas obraz zwłok, ale przy kadrze z Twittera nie zatrzymamy się na dłużej. Wartość artystyczna niewielka, wartość informacyjna ogromna.

Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka

Ze zdjęciami robionymi przez amatorów, z samego serca wydarzeń, jest jeszcze jeden problem. Jest ich za dużo. Kiedy fotoreporter robi zdjęcia – wybiera kilka, w konkursie wygrywa jedno.

Fot: James Nachtwey

Fot: James Nachtwey W 1994 roku w Rwandzie w ciągu trzech miesięcy zginęło około miliona osób. Zdjęcie Nachtweya stało się symbolem konfliktu między plemionami Tutsi i Hutu.

Jedno zdjęcie może być syntezą całego konfliktu. Tylko, czy w napływie zdjęć wrzucanych do internetu, redakcjom opłaca się płacić ciężkie pieniądze za kilka kadrów? Przecież więcej zdjęć, mają za darmo na bieżąco. Czy freelancer będzie płacił kupę kasy żeby jechać na front i ryzykując życie zrobić kilka zdjęć? Pewnie kilku się znajdzie, ale oni zginą pod nawałem fotograficznego szumu.

Autorem zdjęcia głównego jest James Nachtwey. Fotografia pochodzi ze strony shapeshift.net

[/sociallocker]