Pamiętacie smak oranżady w szklanych butelkach? Można było kupić i wypić na miejscu, albo zabrać do domu. Jak się miało kasę, można było powiedzieć „jeszcze raz to samo”. Od tego buzował testosteron i rosły wąsy, pomimo, że się miało dziesięć lat.

Piliśmy tę oranżadę pod sklepem, siedząc na tych samych skrzynkach co menele. Ludzie, którzy nas mijali, pewnie widzieli, że się staczamy czy coś. Ale co oni mogli wiedzieć. W ogóle nas nie obchodziło jak wyglądamy. Ważniejsze było to, czy menele są na tyle pijani, że możemy usiąść na ich skrzynkach po piwie i napić się pod sklepem – jak cywilizowani ludzie.

Słodzona wyłącznie cukrem. Dziś nikt nie wie, jak smakuje cukier

Słodzona wyłącznie cukrem. Dziś nikt nie wie, jak smakuje cukier

Za te 45 groszy wcale nie gasiliśmy pragnienia, bo tym słodzonym i lepiącym się gównem nie dało się ugasić pragnienia. Ale przecież nie o to chodziło, tylko o pewien styl. O poczucie się dorosłym mając dziesięć lat. Szkoda tylko, że wzorce mieliśmy kiepskie. Dopiero później zrozumieliśmy, że siedzenie na tych skrzynkach to chyba nie do końca jest to co chcemy. To był chyba dobry wybór.

Kiedyś zaczęli sprzedawać zieloną oranżadę. Borze*, co to był za szał. Znajomy rodziców powiedział, że od tych barwników porobią nam się wrzody i wyżre nam żołądki od środka. Nic nas to nie obchodziło. Żłopaliśmy zieloną oranżadę, aż bolały nas brzuchy – to pewnie małe wrzody albo pierwsze dziury. Nic nas to nie obchodziło. Piliśmy zieloną oranżadę, czerwoną gardziliśmy, była zbyt pospolita, biała w sumie też. Żółta wyglądała jak olej a zielona była kosmiczna!

Potem o niej zapomnieliśmy – dorośliśmy. Wyleczyliśmy wrzody trochę wrzody i ktoś zgwałcił nasze dzieciństwo.

To miał być ranking trzech, kolejnych piosenek z reklam, które psują dzień. I miały być tylko te trzy piosenki, ale coś mi się przypomniało.