Na komendę „kicz” powstanie cała armia gipsowych krasnali, liczna jak ta terakotowa – też chińska. Za nimi cały pluton gipsowych Wenus i kilku Dawidów. No i oczywiście sarenki, jelonki i kilka najświętszych butelek Maryi Zawsze Dziewicy, którym korona z głowy nie spadnie, ale zawsze można odkręcić. Od siebie dołożę do tej przaśnej gromadki tajemniczy uśmiech Mony Lisy i vangogowskie badyle.

Ideał sięgnął bruku

Tak, krasnale schlebiają niskim gustom, tak nie mają wartości artystycznej, więc definicję kiczu spełniają. Ale Mona Lisa? Mogłoby się wydawać, że jest dziełem wybitnym, niesamowitym i drogim, jeśli dla kogoś cena ma znaczenie. To dzieło tak wybitne, że jest niemal w każdym domu w kilkudziesięciu kopiach. Nie znam statystyk, ale dam sobie uciąć rękę, że obok słoneczników jest najchętniej kopiowanym obraz na świecie.

Portfele, torby, pokrowce na telefony, kolczyki, koszulki… gdzie się tylko da – Mona Lisa jest chętna zająć każdą powierzchnią, którą można sprzedać spragnionym estetyki, piękna i kultury wysokiej. Słoneczniki i Ernesto też się na jakiś portfel chętnie wcisną.

Spowszedniała nam ta Mona Lisa trochę. Straciła swoją wartość i wyblakła. Już nie jest dziełem wybitnym i nie zachwyca. Przechodząc koło jej tysięcznej kopii nie zatrzymamy się i nie będziemy jej kontemplować.

Mona Lisa skończyła się na Kill’em All

W wieszaniu kolejnej kopii Mony Lisy, Słoneczników obok Żyda z monetą nie ma nic złego. To w sumie fajnie, że chcemy uczestniczyć w tej słynnej kulturze wysokiej.