Nie wiem jak w innych miasta, ale do jazdy po Gdańsku nie ma nic lepszego niż rower. Jest do wyboru autobus, tramwaj, eskaemka no i samochód jeśliś bogaty i masz. Prawda jest taka, że z rowerem nie wygrasz. 

Rower, oprócz kilku minusów ma same plusy

Bo: na rowerze zawsze masz miejsce siedzące. Choćbyś nie wiem, jak wspaniałomyślnym był gentlemanem, czasem w autobusie, albo tramwaju chce się usiąść. Nie zawsze jest gdzie a jak już coś się pojawi, to sumienie gryzie żeby kobiecinie ustąpić.
Zawsze masz dostęp do świeżego miejskiego powietrza? Co wolisz czuć na twarzy? Delikatny powiew, czy zapach spod pachy Mirasa, który wraca z nocki? A może żula? W SKM jest właściwie to samo. Chyba, że masz samochód, wtedy może Ci pachnieć takim Wunderbaumem jakiego sobie kupisz. Problem w tym, że kiedy Ty będziesz stał w korku ja już dawno będę u celu ;) No i te widoki. Nie ma nic lepszego, niż widok kierowców gotujących się w metalowych puszkach. Co do gorąca… pomimo, że część tramwajów jest klimatyzowana to tam też jest gorąco. Szczególnie zimą. Ale o zimie na rowerze później.

Rower to oszczędność. O samochodzie mówić nie warto, bo wiadomo. Nie wiem ile kosztuje miesięczny, ale wiem, że kwartalny a nawet roczny na rower są trochę tańsze ;)
To, że tramwaj w godzinach szczytu jest szybszy od samochodu wiadomo, ale od roweru? Sprawdziłem.
#GdańszczanieZrozumiejo

Kiedyś ścigałem się z „dwunastką” od Zieleniaka do UG. Przyjechałem równo z tramwajem. One sporo czasu tracą na przystankach i światłach. Nie mówiąc już o tym, że zanim ludzie wyszli z tramwaju ja już byłem pod drzwiami uczelni. 

Bonus dla tych co wierzą w diety cud

W tramwaju nie schudniesz, chyba że skubną Ci plecak i będziesz głodował. W samochodzie może i schudniesz, ale musisz mieć szczęście i utknąć w korku na obwodnicy. A na rowerze? Według Endomondo, jadąc z centrum na uczelnię, czyli około ośmiu kilometrów, spalałem średnio od 200 do 300 kcal. Może i niewiele, ale jeżdżąc codziennie przez cały miesiąc coś tam wypedałujesz. Tylko nie zatrzymuj się za każdym razem w Maku. W ogóle się tam nie zatrzymuj.

Jestem uczciwy więc napiszę o minusach

Zima! Zimą rowerem nie pojadę. A gówno, ubrać się nie umiesz. Albo ubierasz się za ciepło, albo za wolno pedałujesz i nie zdążysz się rozgrzać. O nieodśnieżone chodniki się nie martw, drogi też bywają nieodśnieżone a jakoś w samochód ludzie wsiadają. To mniej więcej to samo, tylko na inną skalę ;)

Zmęczę się i spocę. Na początku pewnie tak. Zmęczenie wynika z braku kondycji a to, że się pocisz też jest wynikiem tego pierwszego i tego, że nie potrafisz dostosować prędkości.

Nie ma ścieżek rowerowych. W Gdańsku jest ich całkiem spoko. Argument o braku ścieżek jest mniej więcej na poziomie tego, że chce mi się pić, ale nie mam butelkowanej wody, mam tylko wodę z kranu co oznacza, że nie mam co pić.

Jadąc Grunwaldzką z Miszewskiego do Jaśkowej jest pod górkę.
Jadąc z Jaśkowej do Miszewskiego jest z górki. Statystycznie jest tam płasko. Matematyka nie kłamie!

Jedynym argumentem, z którym nie będę dyskutował jest to, że możesz zmoknąć. Wprawdzie kupiłem kurtkę przeciwdeszczową, która po zwinięciu jest wielkości paczki papierosów (koledzy mi mówili, że taka jest mniej więcej paczka papierosów) i w ogóle nie zabiera w plecaku miejsca, ale ona niewiele daje. Jak leje to zmoknąć można. Na to chyba nie ma rady.


Napiszcie w komentarzach co według Was i dlaczego, jest lepsze od roweru w mieście.

Muszę sprawdzić o której mam jutro wstać, żeby zdążyć na tramwaj i żeby potem zdążyć na przesiadkę w autobus… a nie, nie muszę się o to martwić. Rower mi się nie spóźni!

Aż chce się pedałować

Aż chce się pedałować!

RowerWin!